Prof. Jarząb: Testy wielogenowe są naprawdę pilne. To są narzędzia dostępne od 20 lat
Testy wielogenowe to zaawansowane badania laboratoryjne analizujące ekspresję kilkunastu lub kilkudziesięciu genów w próbce tkanki nowotworowej. Pozwalają na ocenę, czy pacjent lub pacjentka odniesie korzyści kliniczne z chemioterapii. Czym są te testy, jak ważne jest ich stosowanie i dlaczego nie są stosowane w Polsce – mówi prof. Michał Jarząb, kierownik Centrum Diagnostyki i Leczenia Chorób Piersi w NIO w Gliwicach.
Adrian Dąbek, NewsMed: Panie profesorze, czym są testy wielogenowe w raku piersi?
Prof. Michał Jarząb: Wielogenowe testy predykcyjne to narzędzie, które pozwala zbadać, mówiąc w uproszczeniu – czy rak piersi jest bardzo agresywny, czy – mimo że złośliwy – jest relatywnie powolny. Nowotwory agresywne wymagają chemioterapii. Tak więc testy wielogenowe pozwalają określić, czy pacjent potrzebuje chemioterapii i skorzysta z tego leczenia, czy też chemioterapia u danego pacjenta jest daremna, niepotrzebna. W tym drugim przypadku po prostu można zrezygnować z chemioterapii, która stanowi koszt dla systemu i obciążenie dla chorego.
Jakich kobiet takie testy powinny dotyczyć?
Zastosowanie testów genomicznych dotyczy kobiet, które mają hormonowrażliwe raki piersi bez ekspresji białka HER2. Zwłaszcza u pacjentek po menopauzie to narzędzie pozwala doskonale rozróżnić te, które nie skorzystają z chemioterapii, od tych, które jej potrzebują. Dotyczy to kobiet zarówno bez zajęcia węzłów chłonnych, jak i tych z niewielkim zajęciem węzłów chłonnych.
Tak więc na podstawie testu można odstąpić od chemioterapii. Szczególnie u kobiet przed menopauzą to nie jest coś trywialnego, dlatego że chemioterapia daje zatrzymanie funkcji jajników.
Dzięki molekularnym testom predykcyjnym wielu pacjentkom przed menopauzą możemy oszczędzić niepotrzebnego leczenia.
Czy z punktu widzenia onkologów możliwe jest zawężenie kryteriów wykonywania tych testów?
Narzędzie jest drogie. Wykonanie takiego testu to koszt 10-20 tys. złotych. Oczywiście rozumiemy, że jest potrzeba wyodrębnienia takiej populacji, u której chemioterapia jest prawie pewna albo rutynowo stosowana, jeśli testu nie wykonujemy.
Dzisiaj eksperci mają już jasność co do tego, że skorzystałyby z tego testu kobiety po menopauzie, zwłaszcza z zajęciem węzłów chłonnych, jak również część pacjentek przed menopauzą o większej średnicy guza.
Można oczywiście tę populację jeszcze bardziej ograniczyć. Sekcja Raka Piersi Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej zastanawia się, czy bardziej racjonalny byłby pilotaż w bardziej doświadczonych, wieloprofilowych ośrodkach leczących raka piersi, czy zawężenie populacji, czyli sztywne powiedzenie, że do jakiegoś wieku albo do jakiegoś zaawansowania nowotworu test należy się albo nie.
Ale zbytnie zawężanie populacji może jednak prowadzić do tego, że te kobiety, które realnie mają szansę skorzystać, nie będą miały dostępności do testu.
Wydaje się, że wiedza i doświadczenie onkologów stwarzają szansę na wdrażanie tego narzędzia w sposób bezpieczny dla budżetu i z korzyścią dla pacjentów.
Jakie konsekwencje może mieć brak refundacji tych testów w dłuższej perspektywie?
Po pierwsze to naraża pacjentów na pokrywanie kosztów tych świadczeń z własnej kieszeni. W naszym ośrodku informujemy pacjentów o tym, że to jest technologia jednoznacznie wskazywana przez wytyczne, również te wytyczne, które w Polsce są przyjęte jako podstawa postępowania.
Oczywiście mogę sobie wyobrazić procesy sądowe wszczynane przez kobiety, które nie zostały poinformowane o możliwości wykonania testu.
Bo gdyby lekarz nie powiedział o tym, że jest takie narzędzie, i zmusiłby do chemioterapii, a potem byłoby wykonane takie badanie i okazałoby się, że ta chemioterapia była niepotrzebna, to wyobrażam sobie, że to jest powód do niekończących się korowodów.
Wreszcie, są koszty społeczne związane z zastosowaniem chemioterapii: kobiety tracą płodność, sprawność, są powikłania leczenia cytostatykami, na przykład neuropatia, czyli utrata sprawności w rękach i nogach. A to powoduje, że przesuwamy do kategorii inwalidów ludzi, którzy mogliby w pełni sprawnie funkcjonować w społeczeństwie.
A jak wygląda kwestia refundacji tych testów w innych krajach?
W większości poważnych systemów opieki zdrowotnej testy są dostępne dla jakiejś subpopulacji. W jednych krajach – bardzo szeroko, np. w Stanach Zjednoczonych czy Kanadzie, w innych krajach – w sposób ustandaryzowany, na przykład w Wielkiej Brytanii. Testy są refundowane w Niemczech, we Francji i w krajach Beneluksu. Polska jest jedną z ostatnich „wysp”, gdzie nie ma możliwości stosowania testów genomicznych u pacjentek. A przecież jesteśmy ogromnym krajem, porównywalnym z Hiszpanią, w której również jest możliwość stosowania testów genomicznych u pacjentek.
To jest naprawdę coś, czego pilnie potrzebujemy. To narzędzie dostępne od 20 lat, a od 10 lat w większości krajów po prostu refundowane.